One Shot- Wieczność
angst
Od autora : Za 3 godziny święto zmarłych. Nie ma co się rozpisywać na mój własny temat, bo zwyczajnie nie mam ochoty o tym pisać i nie ma to najmniejszego sensu.
Wbrew temu, że ff jest krótki jestem dumna z niego, bowiem napisałam go w jeden dzień i przyznam ,że pisząc go kilka razy zdarzyło mi się płakać.To są moje osobiste odczucia,ale może wasze są inne. Proszę o opinię w komentarzu.
- Jinki pov-
Księżyc świecił dziś w pełni rozświetlając ciemne niebo ukazując tym swą potęgę i niedostępność. Coś, co jest nieuchwytne ludzkim dłoniom. Coś,nad czym nigdy nie będziemy mogli zapanować. Kolejność nocy i dnia, a więc dobra i zła. Następstwo życia i śmierci, nocy i dnia. Wszystko tak bardzo ze sobą kontrastujące. Zupełnie jak starość i młodość, prawda? Odwieczni wrogowie dopełniający się konfliktem pokoleń, o którym tak często słyszymy, często nawet nie zaprzątając sobie tym głowy. Bo tak właściwie, jaka jest różnica pomiędzy starym a młodym? Nie patrząc, rzecz jasna na wygląd zewnętrzny,a portret psychologiczny i mentalność. Nie chcę rozwodzić się teraz nad rysującym się portretem strości tu w dziełach Mickiewicza, bądź w wierszy Asmyka, bo nie ma to najmniejszego sensu, ale dołączając do obu obrazów śmierć oczywiste jest to ,że jesteśmy przyzwyczajeni do obrazu umierających starców. Mimo,że rozwój technologii nauczył się przedłużać ludzkie życie, co ukształtowało nam obraz dwojga staruszków umierających w swoich objęciach podczas su śmierć nadal jest wśród nas zabierając kolejne dusze m\nie tylko stare.
Taką duszę zabrano tobie, najdroższy.
Wiesz, obawiam się,że nigdy nie pogodzę się z tym co się stało. Czemu miałbym bowiem godzić się na to,że Bóg tak haniebnie wyrwał mi cię z ramion? Czyż nie nazbyt wiele Pozwolił sobie podczas przydzielania ludziom kar? Ileż to ja bym dął, by zabrać od ciebie choć kilka procent. Niestety, to tylko bezsensowne ludzkie marzenia, które nigdzie nie mają swojego ujścia na zawsze pozostając niespełnione.
Klękam przed granitową mogiłą całując jeszcze nagrobek zaciskając dłoń na różanym pnączu oplatującym płytę nagrobkową w kształcie serca. Zamykam oczy pod których powiekami maluję mi się twoja radosną uśmiechnięta twarz. Policzki robią się mokre tak szybko ukazując moją bezsilności kruchość wobec rzeczy naturalnych tego świata. Naturalnych? To nie jest normalne. Nie jest normalne to,jak wiele ścierpiałeś i to, jak szybko zniknąłeś z zasięgu tego świata. Oh , gdzie teraz jesteś? W niebie u aniołów, czy może w zaświatach Hadesa? ie, ty nie miałeś w sobie grzechy. Byleś uosobieniem dobra. Tyle razy przytulałeś mnie kiedy denerwowałem się o równie znikomą rzecz. Wydaje się to być takie proste,a zarazem tak bolesne. Trucizna, która tak prędko oplotła moje serce nie pozwalając na najmniejszy szloch, czy nawet oddech. Rozchylam wargi by wbrew temu zaczerpnąć trochę powierza. Opieram się o równiutki pozłacany i ozdobny napis " Lee Taemin " który widzę po zmrużeniu oczy. Nie trwa to jednak długo gdyż już chwilę później oczy po raz kolejny zachodzą mi łzami na tyle by starcić ostrość widzenia. Czerwono biały bukiet róż ustawiony w twoim wazonie stoi obok mnie, co powoduje tą delikatność na policzku. Zaczynam drżeć, bo to tak bardzo przypomina twój dotyk. Mm wrażenie ,że jesteś tutaj obok. Dotykasz mnie Zimny wiatr momentalnie rozwiał moje marzenia, o tym,że mógłbyś tu być.
Zabawne.
Wiem,że się zobaczę. Już za parę minut. Ta myśl powoduje,że zaczynam szybciej oddychać musząc dotlenić swój mózg i uspokoić pędzące serc. Przychodzisz do mnie już do 5 lat. Na tę jedną godzinę w roku. By ucieszyć moje zbolałe serce. Chłodną dłonią przecieram oczy by ucałować raz jeszcze twój nagrobek ze złudną nadzieją,że jakkolwiek to poczujesz.To przecież niemożliwe. Wstaję. Ponownie sprawdzam,czy palą się wszystkie świeczki a kwiaty mają wystarczającą ilość wody, by przetrwać do następnego tygodnia. Bo widzisz kochanie.. myślałem ostatnio dużo i znalazłem wyjście. Wyjście by połączyć nasze serca i być z tobą na wieczność. Dlatego też kwiaty muszą ustać tydzień, by wytrzymać do czasu aż wpadnie tu któryś z twoich przyjaciół. Minho, Kibum, Jongin, Jonghyun..pamiętasz ich ? Oni przychodzą co tydzień. Tak wciąż pamiętają. Choć o tobie nie można zapomnieć. Nie mogę. Bo widzisz, odchodząc do nieba zostawiłeś w moim sercu cząstkę ciebie, która teraz nie pozwala mi normalnie żyć czy funkcjonować.
Powolnym krokiem na drżących nogach kieruję się do wyjścia z cmentarza. Czarna brama która wyróżnia się wśród szarego, starego muru. Już widzę swój dom. Spoglądam na zegarek. 23.30. Mam jeszcze pół godziny. Za chwilkę nastąpi ten dzień. 1 listopada. Póki co jest to tylko sztuczne halowen, którego tak nie cierpię. Nie rozumiem. Śmierć jest wrogiem każdego z nas, co jest więc śmiesznego w wieszaniu jej alegorii na drzwiach czy w innych miejscach ? Nie śmieję się ze śmierci, a boję się jej. Ponadto zakłóca to urok tego magicznego święta , które nastąpi za niecałe półgodziny. Sprawia,że ludzie odchodzą od swoich tradycji. Jaki ma bowiem sens bawić się 31 a parę godzin później stać przed mogiłą? Dzieci myślą o swoich strojach i zjedzonych słodyczach i tych, co jeszcze czekają w domu. święto zmarłych jest po to, by uszanować odejście innych, powspominać ich oddać szacunek oraz pokazać,że nie zapomnieliśmy. Jak można to zrobić po wieczorze straszenia? Nie rozumiem tego i chyba nie zrozumiem.
Widzę z oddali swój dom. Przeprowadziłem się rok twojej śmierci. Słyszałeś o etapach psychicznych akceptowania śmierci? Pierwszy z nich to zaprzeczanie. W tej właśnie stanie oddałem się pracy, co pozwoliło mi na kupno mieszkania bliżej ciebie i sprzedania poprzedniego. Ten okres trwał najdłużej. Nie mogłem uwierzyć,że tak nagle zniknąłeś z mojego świata. Te wszystkie marzenia i plany które snuliśmy na nastopne lata. Wszystko przepadło. Łącznie z tobą, którego tak brakło. Rano krzątającego się po kuchni robiącego co świt kawę w dzbanku dla nas obu by rozbudzić ospałe umysły. Cichych kroków a przede wszystkim drobnych pocałunków które składałeś na mych ustach budząc o poranku do pracy. W sumie, to najbardziej brakowało mi całego ciebie. Twojej obecności. Następnym etapem jest gniew. Nie byłem zły na ciebie, lecz na siebie i samego Boga dyskutując z nim nie raz w listach, w głowie i wszędzie, kiedy tylko pomyślałem o tobie. Po gniewie przyszedł trzeci etap - negocjacja. Łudziłem się,ze jeśli coś zrobię sobie to wrócisz. Pojawisz się w drzwiach uśmiechnięty. Uświadomiono mi wtedy jak bardzo jest to samolubne. Gdybyś wrócił, a gdybym to ja odszedł cierpiałbyś jeszcze gorzej ode mnie. Nie miałbyś nikogo. Oczywiście, że nie wątpię w to, że byliby przy tobie przyjaciele, ale znam doskonale twój pogląd na świat dzięki któremu mogę stwierdzić ,ze nie dałbyś rady. Następny, czwarty etap to depresja. Trwała długo. Zanim nie wziął się za mnie wkurzony do granic możliwości Kibum. Pewnego razu, kiedy był u mnie odebrał telefon od komornika o wezwaniu do zapłaty zaległych rachunków. Zaczął na mnie krzyczeć. Krzyczał,że mnie chciałbyś mnie widzieć w takim stanie,w jakim byłem. Obaj płakaliśmy cały wieczór oglądając albumy ze zdjęciami.. Rano obiecałem jemu, tobie i Bogu,że dam radę. Wytrwam. Tak też przyszedł ostatni etap- akceptacja. To trochę paradoksalne, ponieważ wciąż nie mogę pogodzić się do końca z tym,że cię nie ma. Mimo tylu lat.
Otwieram drzwi. Jeszcze dziesięć minut. Wszystko już prawie gotowe. Po całym pokoju ustawione są świeczki a na małym stoliku ustawiłem twoje zdjęcie. Mimo tego nie jest potrzebne. Pamiętam ciebie całego w najdrobniejszych szczegółach. Począwszy od ogółu szczupłego ciała skończywszy na pełnych malinowych wargach, zgrabnym ciele czy małym znamieniu na przedramieniu jako znak przeszłości. Tak bolesnej dla ciebie. Od której tak bardzo chciałem cię uwolnić począwszy od momentu, w którym opowiedziałeś mi o wszystkim. Nie rozumiałem tego, jakim sposobem nadal widzisz świat w optymistycznych , jasnych barwach. W jaki sposób przeszedłeś przez to piekło. A jeszcze głupszy i banalny wydawał mi się na początku powód. Byłeś bowiem od urodzenia zapisany na minusie, jeśli można tak powiedzieć. Od pierwszego dnia życia, kiedy matka uciekła ze szpitala przez okno. Ojciec pojawiwszy się w szpitalu napisał na kartce imię " Lee Taemin " po czym rzekomo ze łzami w oczach wyszedł ze szpitala, a żadna pielęgniarka nie wpadła na to, by go zatrzymać. Oddano cię więc do domu dziecka, gdzie przebywałeś do piątego roku życia. Przyszła bowiem po ciebie rodzina zastępcza. Nie chciałeś tam iść i buntowałeś się gorliwie.Państwo Kim, którzy akurat cię przygarnęli byli zdruzgotani, aczkolwiek matka nie poddawała się. Nie ufałeś nowemu ojcu. Słusznie. Minął rok,a twoja ukochana matka umarła. Płakałeś i rozpaczałeś. Mieszkałeś z przybranym ojcem, który wkrótce zaczął cię molestować. Uciekłeś po kilku miesiącach. Złapała cię policja, która ponownie umieściła w ośrodku, tym razem jednak innym. Kilka lat później, w wieku 10 lat ponownie wzięła cię rodzina z którą przebywałeś do pełnoletności. Nie było łatwo. Byłeś nieufny i niegrzeczny wobec innych. Poznałeś wtedy Jongina. Był on prawdziwym synem twoich trzecich rodziców. Trwało trochę zanim oboje siebie zaakceptowaliście, jednak gdy tak się stało byliście jak papużki nierozłączki. a dobre i na złe. Oboje zaznaliście tego, o czym tak marzyliście - posiadaniu brata. Jednak kiedy dochodziłeś już do pełnoletności stał się cud, a matka ponownie zaszła w ciąże. Zaczęła się na was wyrywać ciężko przeżywając okres ciąży. Uciekłeś Widywałeś się z Kaiem, który przynosił ci jedzenie. Zamieszkałeś u Luhana - przyjacielu Kaia, który handlował dragami, toteż przebywałeś w tamtym towarzystwie. Zacząłeś żyć zasadą "seks drugs and rock and roll". Dzikie miłości, dragi alkohol..aż nie złapali was na gorącym uczynku. Poszedłbyś pewnie do więzienia gdyby nie to,że miałeś poważną niedowagę, co nie pozwalało cię umieścić w zakładzie karnym . Dodatkowo poznałeś wtedy swojego ojca, który po części przyczynił się do tego, by cie wyciągnąć. Okazał się być dobrym człowiekiem. Opowiedział ci wszystko o rodzinie. Mieszkałeś z nim czując się naprawdę szczęśliwy. Jednak bieda i życie w ubóstwie spowodowała śmierć ojca. Wtedy poznałeś mnie. Siedziałem wtedy w kwiaciarni matki na zastępstwie za któregoś z pracowników,któremu rozchorowała się córka.Kiedy zobaczyłem cię w wejściu przestraszyłem się. Bałem się jednak widząc czerwone załzawione oczy i całą mokrą posturę serce zabiło mi szybciej z lęku o ciebie. Miłość od pierwszego wejrzenia? Tak to można nazwać, co zawsze z dumą robiłeś. Swoją drogą lubiłem się z tobą droczyć na ten temat. Kochałem twoje nadymane policzki kiedy z tą niewinną złością patrzyłeś w moje oczy odwracając się i idąc do łazienki. Zawsze siadałeś za wanną, jak dziecko. Zawsze tak robiłem, kiedy ktoś doprowadził mnie do płacz. Zamykałem się w łazience i chowałem za wanną. Nie wiem, czy o tym wiedziałeś ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu gdy tak patrzyłem. Potem podchodziłem do ciebie powoli całując w czołowo i biorąc na ręce i sadzając na kuchennym blacie,gdzie podjadałeś banany, gdy ja robiłem ci ciepłe mleko bananowe. Po nim zawsze usypiałeś. Piłeś je prędko następnie szliśmy do salonu gdzie w najróżniejszych pozycjach rozkładałeś się na mnie i o niecałych pięciu minutach odpływałeś przy cichym dźwięku telewizora.Wiedliśmy spokojne życie. Byłeś szczęśliwy,a przynajmniej tak mi się wydawało. Nic po sobie nie dawałeś poznać. Wszystko było identyczne. Aż znikłeś. Obudziłem się któregoś razu wcześniej niż zazwyczaj a zdziwiony tym,że nie ujrzałem ciebie obok wstałem. Leżałeś blady jak ściana na kuchennej podłodze. Byłem przerażony. Zadzwoniłem po karetkę badając ci puls, który ku mojemu przerażeniu ledwo wyczuwalny. Zmarłeś w karetce. W szpitalu dowiedziałem się,że od kilku miesięcy chorowałeś na nowotwór złośliwy. Przeszukałem twoje rzeczy i znalazłem teczkę z wynikami którą ukryłeś w starych rzeczach z czasów liceum w na wpół rozwalonym kartonie na samym dnie szafy. Była tam, zwykła biała teczka wśród której widniały najróżniejsze akty. Zrozumiałem wtedy ,że wiedziałeś. Wiedziałeś ,że umierasz. Nie rozumiałem dlaczego nie chciałeś mi powiedzieć. Zadawałem sobie miliony pytań począwszy od tych, czy mi nie ufałeś? skończywszy na histerycznych Czy nic dla ciebie nie znaczyłem. Aczkolwiek prawda doszła do mnie dość późno. Wtedy zrozumiałem. Dopiero, gdy zacząłem myśleć twoim tokiem. Zrozumiałem,że nie chciałeś mnie martwić. Tylko wiesz? Nie przewidziałeś jednego kochanie. Tego,że niespodziewana śmierć boli bardziej niż ta spodziewana.
Wtedy myślałem,że nigdy cię ni zobaczę. Dochodzi północ. Jeszcze dwie minuty. Wiem co się stanie, i moje serce tez wie co doprowadza go do szybszego nadnaturalnego bicia. Zamykam oczy i klękam. Wszystkie świece wokół mnie palą jasnym,żywym ogniem, którego płomienie ochoczo tańczą przeróżne niezrozumiałe pozy. Zaczynam się modlić do najjaśniejszego Boga. Skupiam się tylko na tym. Modlę się o to by pozwolił mi cię zobaczyć. Choć na chwilkę. Na tę krótką godzinę.. Mam zamknięte oczy. Nie mogę ich otworzyć i jestem tego świadomy. Mówię Bogu co czuję, ponieważ jestem przekonany,że modlitwa rozmowna jest lepsza niż bezmyślne klepanie formułek. Mówię co czuję i co czułem wcześniej . Jestem skupiony na sensie swoich wypowiedzi. Opowiadam mu o tym,że wierzę w jego moc i potęgę. I w przeciągu kilku sekund staje się TO. Wszystko ucicha. Świat zamiera w błogiej nieświadomości. Panuje niemal namacalna cisza, zupełnie jakby cały świat umarł. Czuję powiew za sobą i dość nieprzyjemny chłód na karku co powoduje gęsią skórkę na dłoniach. Przełykam głośno ślinę dziękując gorliwie Panu,za to,że mnie wysłuchał. Otwieram oczy i widzę ciebie przed sobą. Twoją kruchą jasną postać unoszącą się delikatnie nad ziemią. Jesteś zjawą. oje oczy natychmiast zachodzą łzami i odrywam się zaczynając biec ku twojej postaci. Uśmiechasz się do mnie jak gdyby nigdy nic rozchylając ramiona, a kiedy dobiegam do ciebie..nie czuję nic. Zapomniałem ,że nie mogę ci poczuć. Głupie nie? Ale w tej chwili nie powiedziałbym nawet tego jak się nazywam.
- Taemin.. mój Taemin. Taemiinie, minnie.. Ukochany.. tak się ciesze ,że przyszedłeś. Nie odchodź . Nie dochodź już nigdy. Proszę. Błagam. Zrobię wszystko - szepczę jak w transie wciąż trzymają w objęciach twoje ciało i płacząc i w ramię. Czuję chłód na plecach. To twoja dłoń przesuwająca się powoli po plecach. Słysze twój magiczny głos szepczący kojące ' csii ' jak gdyby miałoby t zmienić cały mój los. Zaszlochałem jeszcze bardziej unosząc twarz i patrząc ku niemu. Wciąż uśmiecha się , tym razem z widoczniejszym smutkiem.
- Najdroższy, proszę..nie utrudniaj mi tego. Jestem tam z tatą i innymi.Proszę..tak bardzo chciałbym być z tobą. Kocham cię całym sercem i wiesz ,że tak jest. Nigdy w to nie wątpiłeś. Jinki, ja widzę wszystko i wiem. Co myślisz i co czujesz. Obserwuję wszystko góry i i pamiętaj,że wciąż jestem z tobą - urwałeś dotykając dłonią mojej piersi czym odsunąłeś delikatnie od swojego ciała - tutaj. - Dotknąłeś mojego czoła chyba składając pocałunek a ja zadrżałem niemo. Ująłem twoją rękę. Nie mogę spojrzeć na zegarek. Boję się go. ego, jak szybko mienia ta jedna godzina. W tej chwili to czas jest moim największym wrogiem.Prowadzę cię na kanapę gdzie siadamy.Patrzę na ciebie. W twoje oczy, za którymi tak tęsknię. Dotykam bladego policzka, wciąż czując tylko zwykły chłód. Boli mnie to,ze nie mogę cię poczuć. Czyż jestem zbyt zachłanny.
- Powiedz, czy naprawdę jesteś ta szczęśliwy? - zapytałem cię czując jak każdy mój organ wewnątrz drży.Jest tak wiele rzeczy, które chciałbym mu opowiedzieć, i tyle pytań, które marzę by mu zadać jednak w głowie mam pustkę. Panicznie boję się tego ,ze zniknie. Na kolejny długi rok. Ty jednak uśmiechasz się do mnie delikatnie przytakując głową i zaczynając spokojnym głosem, jakbyśmy się nie widzieli parę minut:
- Oczywiście. Czekam cierpliwie na ciebie i oglądam was wszystkich z góry. Choć niektórych scen to wolałbym nie widzieć. Oh, a właśnie..dziękuję za kwiaty. Są śliczne. Jestem ciekaw..dlaczego je właśnie wybrałeś? Jest tyle innych kwiatów. Dlaczego właśnie te? - zapytałeś przekrzywiając głowę jak to zwykle , gdy stajesz się naradę zaciekawiony. Uśmiecham się lekko mając przed oczyma biało czerwone róże.
- Wiesz minnie, róża jest alegorią delikatności, czerwony to symbol dozgonnej, wiecznej miłości a biel to czysta niewinność ale też ..- urywam , bo nie wiem czy powiedzieć ' młodość ' jednak ty uśmiechasz się szerzej by dodać mi otuchy i przytakujesz. Zapomniałem ,ze czytasz mi w myślach. Nagle przypominam sobie o planie, który wymyśliłem. Podskakuję z radości i ekscytacji.
- Taemin! - mówię radośnie a ty patrzysz na mnie podejrzliwie z uśmiechem, gdy widzisz moja radość. Szczerą euforię.
- Dużo ostatnio myślałem o tym wszystkim. O mnie i o Tobie. Już wiem co zrobić byśmy byli razem. Pomyśl. Skoro ty nie możesz wrócić do mnie, to ja przyjdę do ciebie - mówię radośnie co zupełnie kontrastuje z sensem wypowiedzi. Uśmiech, który do tej pory widniał ci na twarzy znika w ułamku sekundy. Twoja twarz staje się przerażona i zaczynasz kręcić szaleńczo głową.
-Nie Jinki nie możesz.. nie - mówisz wstając i łapiąc się za głowę. Odwracasz się nie tyłem wiec nie widzę twojej twarzy, przez co nie mogę nic wyczytać.
- Ale czemu? Taemin to idealne wyjście. Będziemy już wiecznie razem, rozumiesz?- mówię oburzony cały czas chcąc przekonać do swojego pomysłu. Słyszę twój cichy głos.
- Jinki..nie..nie możesz..To Bóg decyduje o tym, kiedy kto dochodzi. Nie możesz się temu sprzeciwić. Inaczej..inaczej..nigdy się nie zobaczymy..trafisz tam, gdzie nawet strach pomyśleć - odwracasz ku mnie twarz a ja widzę twoje szklane oczy. - Jeśli to zrobisz nigdy nie będziemy razem. - dokańczasz, a mi zapada się grunt pod nogami. Opadam na kolana zrezygnowany szepcząc ciche ' nie ' które powtarzam jak mantrę zupełnie jak ty przed chwilą. podchodzisz do mnie ponownie głaszcząc po głowie . Kleczę przed tobą wtulając się w ciało, którego i tak nie czuję. A ty i tak nie poczujesz mnie. Zaczynam płakać krzyczeć. Wszystko..wszystko na marne. Trzeba czekać. Nie wiem kiedy umrę. Znów zacznie się cierpienie. Patrzę na niego przerażony - nie..nie chce tam wracać. To wszytko..boli bez Ciebie. Ja nie umiem.. Taemin ja nie umiem żyć bez ciebie, rozumiesz? - szepczę patrząc na niego naiwnie niczym dziecko wierząc,że to co zmieni - to strasznie boli. tam boli. Ja nie chcę. - zaprzeczam kręcąc głową a ty dotykasz mojego policzka kucając naprzeciw mnie. Patrzysz zaszklonym wzrokiem.
-Kochanie, tak bardzo chwiałbym Ci pomóc - powiedziałeś zaczynając zbliżać twarz ku mojej. Całujesz mnie. Jestem tego pewny. Czuję to. Zamieram. otwieram gwałtownie oczy jednak ty znikasz. Łapię cię za rękę szepcząc ponownie tak często już wypowiedziane "nie " jednak po chwili , miejsce, w którym była twoja twarz jest tylko powietrze. Wszystkie świecki ostały zgaszone pozostawiając mnie z głuchym otępieniu. Załamany płacze nie zważając na to jak głośne odgłosy z siebie wydaję. Mój Taemin.. Zniknął. Znów zniknął. Łapię się za serce by sprawdzić czy nadal bije.Mam wrażenie, że łamie się na tysiące kawałeczków. No właśnie..zbyt boli by umarło. Klęczę z głową na podłodze. Kulę się krzycząc w nadgarstek który przyłożyłem do ust. Skanduję jego imię . By wrócił. Jeszcze tylko chwilkę.
Znów zaczyna się szybki etap akceptowania śmierci. Tym razem jednak zatrzymuję się an depresji. Tym razem jest jednak odwrotna nieco kolejność. Bowiem w pewnym momencie następuje etap drugi, czyli gniew. Łapię za nóż który przygotowałem w nadziei że to zrobię. Celuję sobie w brzuch. Jednak zatrzymuję przed samą skórą. Mam w głowie twój głos. Twoje słowa, że nigdy się nie spotkamy. Znów opadam na ziemię zalewając się własną goryczą łez. Rozpaczając czynię znak krzyża zaczynając modlić się do Boga. Modlić się o śmierć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz